Zimowy pejzaż naznaczony cierpieniem
Na wieść o zbliżających się wojskach Armii Czerwonej władze niemieckiego obozu koncentracyjnego Stutthof podjęły decyzję o ewakuacji więźniów. Celem miała być szkoła SS w Lęborku, oddalona o ok. 140 kilometrów. Zakładano, że trasę uda się pokonać w siedem dni. Już pierwsze godziny pokazały, jak bardzo te plany rozmijały się z rzeczywistością.
Tak moment wymarszu wspominała Halina Sobecka, która do KL Stutthof trafiła we wrześniu 1944 roku:
25 stycznia 1945 roku był mroźnym, ale pogodnym dniem. […] Sztubowa radzi nam ubrać wszystko, co posiadamy. A posiadamy niewiele. Ja […] mam trzy koszule i męskie spodnie. Mam też pasiak i płaszcz […]. Wszystko to ubieram na siebie, na wierzch obwiązują mnie kocem. W plecaku, który zrobiłam sobie worka, mam moją miskę do zupy, trochę smalcu […], jedną cebulę, pajdę chleba […] i ostatnie listy z domu. […] Ustawiamy się piątkami. Jest nas 800 kobiet. Konwojować nas będą uzbrojeni SS-mani. Ostatnie pożegnanie z tymi, co zostają. […]. Wychodzimy główną bramą.
Wycieńczeni, zagłodzeni i często chorzy więźniowie musieli maszerować przez ogromne zaspy śnieżne, w mrozie sięgającym niekiedy poniżej minus 20 stopni. Przed wymarszem otrzymali skromny prowiant, około 500 g chleba, 120 g margaryny lub sera, który wielu zjadło od razu. Przez kolejne dni nie mieli niczego w ustach. Ci, którzy nie nadążali za kolumnami, byli na miejscu mordowani przez SS-manów.
Jan Jarzębowski osadzony w obozie Stutthof w grudniu 1942 roku wspominał:
Kilometr przed nami maszerowała jakaś kolumna. Widać ją było dokładnie, ponieważ teren był falisty. Widzieliśmy jej końcówkę z trudem podchodzącą pod górę i padające sylwetki tuż po wystrzałach. Po kilku minutach mijaliśmy te świeże trupy. […] Przed nami musiały iść jeszcze inne kolumny, ponieważ spotykaliśmy i starsze trupy.
Pomoc, która przyszła z Kaszub
Jedną z najjaśniejszych kart tych dramatycznych wydarzeń stanowi postawa mieszkańców Kaszub. Z narażeniem własnego życia i życia swoich rodzin dostarczali więźniom pożywienie, organizowali ucieczki, a później ukrywali uciekinierów w swoich gospodarstwach. Na hasło „Stutthof idzie!” reagowali niemal wszyscy. Dla wielu ofiar KL Stutthof była to pierwsza i jedyna pomoc, jakiej doświadczyli ze świata zewnętrznego.
Tak pomoc więźniom wspomina Urszula Górna z d. Pipka:
Kiedy przez Pomieczyno szedł Marsz Śmierci, mój ojciec, Franciszek Pipka, mimo zagrożenia robił wszystko, by ratować więźniów. A ja razem z nim. […] Mieszkaliśmy tuż obok kościoła. Kiedy w kościele zatrzymała się kolumna więźniów ze Stutthofu […] ojciec poprosił strażników by można było zanieść więźniom coś do jedzenia. Był takim człowiekiem, który pomagał, komu tylko mógł, nawet gdy sam był narażony na ryzyko. Razem z mamą nagotowałyśmy zupy, a potem z tatą zaniosłam dwudziestolitrową kanę do kościoła, by nakarmić więźniów.
Być może właśnie dlatego pamięć o Marszu Śmierci pozostaje szczególnie żywa w tym regionie. Często jest to pamięć głęboko osobista, związana z losami konkretnych rodzin i przekazywana z pokolenia na pokolenie oraz kultywowana w przestrzeni lokalnej.
Dlaczego wciąż pamiętamy
Obóz koncentracyjny Stutthof, założony przez Niemców 2 września 1939 roku, był najdłużej działającym obozem na terenach dzisiejszej Polski. Przez 2077 dni jego istnienia uwięziono w nim blisko 110 000 osób. Około 65 000 z nich straciło życie wskutek niewolniczej pracy, głodu, epidemii i mordów.
Z każdym rokiem odchodzą kolejni Świadkowie Historii. Ci, którzy przeżyli i mogli opowiedzieć o tym, co widzieli i czego doświadczyli. To nakłada na nas szczególną odpowiedzialność. Jak zaznacza dr hab. Marcin Owsiński, dyrektor Muzeum Stutthof w Sztutowie:
- Upływ czasu nie zatarł pamięci o tych dramatycznych wydarzeniach i jego bohaterach. Pamięci o nich jest wciąż żywa i kultywowana lokalnie w wielu miejscowościach Kaszub i Pomorza. Jest to przekaz, który łączy w sobie opowieść o niezawinionym cierpieniu tysięcy więźniów, jak też i opowieść o dobrych, sprawiedliwych ludziach, którzy im pomagali lokalnie. Ta historia to przestroga i aktualna nauka dla nas współczesnych.
W wielu miejscach Pomorza, wzdłuż tras, którymi szli więźniowie wciąż, można niemal usłyszeć echo ich kroków. Znajdujemy tam liczne lokalne formy upamiętnienia, mówią one m.in. o miejscach postoju czy „dzikich” obozach, w których znaleźli się więźniowie, gdy wiadome było, że nie dotrą już do miejsca, jakie na punkt docelowy wyznaczyli im Niemcy. Te miejsca zobowiązują, by pamiętać.
Uroczystości upamiętniające
W niedzielę 25 stycznia 2026 roku o godz. 13:00 w Archikatedrze Oliwskiej w Gdańsku odbędzie się Msza Święta w intencji wszystkich ofiar KL Stutthof. To wieloletnia tradycja, zapoczątkowana w 1980 roku, która gromadzi osoby pragnące wspólnie oddać cześć pamięci tych, którzy nie przeżyli.






